Forum JRK's RPGs

Encyklopedia galaktyczna gier cRPG

Z otchłani backloga - czyli Lotheneil vs. efekty steamowych szaleństw zakupowych

Strona: « < ... 4 5 6 7 8 9 10 > »

Autor Post
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. S.T.A.L.K.E.R.: Shadow of Chernobyl - FPS z elementami RPG. Ladujemy w zonie - silnie radioaktywnej strefie wokół elektrowni w Czarnobylu, w której - według lore gry - po rzeczywiście mającej miejsce katastrofie jądrowej, nastąpiły dwa kolejne wybuchy, wskutek czego nastąpiły lokalne zniekształcenia praw fizyki i zaczęły pojawiać się tajemnicze anomalie i artefakty.

Głównego bohatera poznajemy, gdy wywożony jest trupiarką z centrum zony - jak się jednak wkrótce okazuje, informacje o jego zgonie okazały się przedwczesne. Pozbawiony jest jednak całkowicie pamięci. Z braku ciekawszych pomysłów na życie staje się jednym ze stalkerów - poszukiwaczy wspomnianych artefaktów i innych dóbr doczesnych. Wykonując kolejne zadania dla członków społeczności zony, starając się odkryć tajemnice własnej przeszłości.

Zona nie jest bynajmniej przyjaznym miejscem - gdzie są możliwości wzbogacenia się, tam szybko zaroi się od podejrzanego elementu i frakcji o rozmaitych poglądach na świat. Bez porządnego karabinu czy pistoletu i zapasu nabojów więc się nie obejdzie.

S.T.A.L.K.E.R.: Shadow of Chernobyl nie urzeka już bynajmniej oprawą graficzną (chociaż scena moderska jest dość rozwinięta, więc da się co nieco na to poradzić), ale klimatem i kreacją świata - jak najbardziej. Od razu czuje się, że zona to nieprzyjazne miejsce, w którym o zgon nietrudno. Zagrania w stylu Rambo nie mają tu racji bytu - szarża w otwartym polu przeciw kilku(nastu) przeciwników skończyć się może tylko w jeden sposób zwłaszcza, że przeciwnicy obdarzeni są pewną dozą inteligencji i zdolności taktycznych.

Poza walką najwięcej czasu spędzimy na eksploracji dość rozległego świata gry (w zasadzie powiedziałabym wręcz, że zbyt rozległego, bo wszędzie poruszamy się na piechotę i to dość umiarkowanym tempem, więc wycieczki w tę i z powrotem - na przykład do sklepu - bywają niemiłosiernie nużące) oraz przetrząsaniu skrytek i zwłok pokonanych przeciwników w poszukiwaniu przydatnych przedmiotów - z których większość przyjdzie nam zostawiać na ziemi, bo plecak jest mocno ograniczony - postać może nosić ze sobą jedynie 60 kg, co wystarcza na 2-3 sztuki broni palnej, trochę amunicji i medykamentów. Większe zapasy nie wchodzą w grę. Jest to realistyczne i sprzyja budowaniu klimatu, ale wymaga przestawienia się na inny tok myślenia, jeśli ktoś (tak jak ja) ma zwyczaj zbierać wszystko, co nie przybite do podłogi.

Mimo wieku produkcji ja bawiłam się doskonale. Wiele dzisiejszych produkcji mogłoby się od Stalkera uczyć, jak budować immersywne światy.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 145
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Monster Slayers - roguelike z karciankowymi walkami. Jak przystało na gatunek, fabuła w zasadzie nie istnieje - aby zaimponować przedstawicielom lokalnej gildii łowców potworów udajemy się w kolejne opanowane przez niemilców lokacje i czyścimy je ze wszystkiego, co dość szybko nie ucieka na drzewo. Z tego, co dość mocno nie przybite do podłogi również. Eksploracja polega na poruszaniu się po kolejnych kwadratach mapy, na każdym z nich znajdujemy przeciwnika, skarb lub przyjaznego NPC.

Same starcia rozgrywają się w turach na osobnym ekranie, przy użyciu talii kart symbolizujących ataki i specjalne zdolności bohatera. Każda z klas postaci (13 w sumie) dysponuje własną talią, którą dodatkowo możemy modyfikować poprzez wydarzenia w trakcie rozgrywki, dodając, usuwając lub wzmacniając posiadane karty. Decki wyraźnie różnią się od siebie sposobem działania - złodziej dysponuje licznymi zdolnościami pozwalającymi na użycie dużej liczby kart w jednej rundzie, berserker za potężniejsze ataki płaci zdrowiem, a kapłan obok zaklęć leczących zadaje obrażenia typu DoT.

Jak to w rogalikach, przegrana oznacza nieodwracalną śmierć bohatera. Czas przeznaczony na jego rozwijanie nie jest jednak całkiem stracony, gdyż w zamian otrzymujemy punkty sławy, pozwalające na wykupywanie dodatkowych bonusów w specjalnym drzewku.

Ogólnie - bardzo przyjemna rozgrywka, chociaż raczej na krótsze sesje, bo dość szybko staje się powtarzalna.

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika

2. LEGO MARVEL's Avengers - w zasadzie sam tytuł wystarczy, aby wiedzieć, z czym mamy tu do czynienia - kolejna produkcja w długiej serii LEGO, tym razem oparta (raczej luźno) na filmach Avengers i Avengers: Czas Ultrona. Pod względem mechaniki to, co zwykle - inscenizacja kluczowych scen filmów w konwencji LEGO, rozbijanie wszystkiego wokół w celu pozyskania lokalnej waluty i rozwiązywanie prostych zagadek logicznych. Rozgrywka przetykana jest cuscenkami (podobnie jak LEGO: LOTR zaopatrzonymi w voice overy zamiast zwyczajowej pantomimy). Całość utrzymana jest w lekkim i humorystycznym stylu również charakterystycznym dla serii.

Ogólnie - typowy przedstawiciel długiej serii LEGO. Jak najbardziej można pograć, zwłaszcza, jeśli ktoś jest miłośnikiem uniwersum, chociaż nie wybija się ponad przeciętność.

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika

3. Halcyon 6: Lightspeed Edition - gra strategiczna z elementami RPG rozgrywająca się w kosmosie. Gdybym miała porównać z czymś rozgrywkę, byłaby to seria XCOM skrzyżowana z Master of Orion - z walkami turowymi (jak w jRPG ery SNESa) zamiast taktycznych. Jako dowódca resztek sił ludzkiej Federacji, stacjonujących w bazie kosmicznej, walczymy z inwazją zergopodobnych obcych, utrzymując (lub nie, nasz wybór) w miarę przyjazne stosunki z sąsiednimi mocarstwami. Celem gry jest rozbudowa bazy, uwalnianie i rozbudowa stacji wydobywczych, budowa okrętów i rekrutacja oficerów, jak również wykonywanie zadań dla sąsiadów, skutkujących zarówno polepszeniem stosunków dyplomatycznych, jak i bardziej wymiernymi nagrodami. W zależności od typu statku i dowodzącego nim oficera, otrzymujemy dostęp do różnych ataków i umiejętności, których można użyć w walce w przestrzeni.

Dodatkowo niektóre misje wymagają starć na planetach, w których udział biorą sami oficerowie. Ci ostatni zdobywają doświadczenie, które przekłada się na możliwość rozwijania umiejętności na specjalnych drzewkach oraz prawo do pilotowania wyższej klasy okrętów (o ile zostały one skonstruowane w bazie).

Grafika utrzymana została w stylu retro, ale naprawdę cieszy oko. Dodatkowo czcionka (i całe GUI) rysowane są w wysokiej jakości, przez co nie ma problemów z czytelnością. Można? Można. I chwała autorom za to.

Ogólnie - bardzo przyjemny i dość prosty pod względem mechaniki, ale wciągający indyczek. Naprawdę warto zagrać.

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 142
« Ostatnia zmiana: Lotheneil, 27 paź 2018, 19:49. »
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Dungeon Siege 2 - drużynowy action RPG z aktywną pauzą (czy też inaczej - skrzyżowanie h&s z RPG w stylu Baldur's Gate).
Próbowałam kiedyś podejść do pierwszej części serii - i szybko odpadłam. Nie ze względu na mocno leciwą już oprawę graficzną, ale na niemiłosiernie niewygodne sterowanie i całe GUI. W drugiej części nie ma już tego problemu, co pozwoliło innym zaletom produkcji zabłysnąć. Kontynuacja okazała się bardzo przyjemną grą - choć graficznie wciąż nie zachwyca (co trzynastoletniemu tytułowi można wybaczyć), pod względem rozwoju postaci, ilości sprzętu do zdobycia, różnorodności lokacji, wielkości świata i liczby sekretnych przejść i komnat poukrywanych po licznych podziemiach i kryptach wciąż ma wiele do zaoferowania.

Jedyne, co leży kompletnie to fabuła - tu autorzy poszli w stronę standardu h&s, jedyne, co można o niej powiedzieć to to, że jest - i że jest nudna i standardowa do bólu. Odpowiednie ustawienie "Launch Options" na Steamie pozwoli na uruchomienie gry w FullHD (czy innej, wybranej rozdzielczości) - więc przynajmniej piksele straszyć z ekranu nie będą.
Jeśli ktoś nie ma awersji do wiekowych tytułów - polecam. Ja bawiłam się bardzo dobrze.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

2. Space Hulk Ascension - turowa gra taktyczna. O uniwersum Warhammera 40k wiem bardzo niewiele, o Space Hulku (zarówno bitewniaku, jak i jego poprzedniej growej adaptacji) jeszcze mniej, podeszłam więc do gry jak do każdej innej - i odbiłam się z hukiem.

Rozgrywka w grze jest niemiłosiernie powooooolna - dotyczy to zarówno animacji poruszania się (dowodzimy oddziałem Ultramarines albo innej, zbliżonej formacji, czyli wielkimi osobnikami, opancerzonymi jak czołgi - brak zwinności w ruchach jest więc uzasadniony, choć wciąż drażni). Większym problemem jest niewielki zakres ruchu w ciągu tury i fakt, że przeciwników jest zawsze więcej, a wobec braku punktów życia jeden ich celny cios oznacza śmierć żołnierza. Jako gracze zmuszeni więc jesteśmy obierać bardzo zachowawczą taktykę - poruszać się jedynie w grupach, obstawiając wszystkie boczne wejścia i zawsze zostawiać punkty akcji na tryb overwatch (który pozwala na strzelanie do zauważonego wroga w trakcie jego tury). Kilka kroków, overwatch, kilka kroków... i tak w kółko. Koszmarne nudy.

Jeśli dodać do tego fakt, że fabuły w grze właściwie nie ma (otrzymujemy jedynie krótkie rozkazy w stylu: "na planecie takiej-a-takiej doszło do inwazji paskud, zajmijcie się sprawą"), a wszystkie lokacje, które przez kilkugodzinny kontakt z grą widziałam składają się z identycznych, tonących w mroku korytarzach baz czy statków kosmicznych, otrzymuje się grę dla mnie całkowicie niestrawną.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 140.
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
Jako że zakopałam się w dwóch raczej obszernych RPG-ach (Drakensang na PC i Demon Gaze 2 na Vitę), w tym tygodniu tylko mała przystaweczka. Mam nadzieję, że do przyszłej soboty uda się któryś z wyżej wymienionych tytułów skończyć - bo jak nie, to znów trzeba będzie kombinować :).

1. The Tiny Bang Story - gra przygodowa o stylu rozgrywki zbliżonym do Samorost (klikasz na ekranie i coś się dzieje) z elementami HOPA (szukanie konkretnych przedmiotów na ekranie i zagadki logiczne). Urocza mała gierka, z grafiką przypominającą ilustracje bajek i relaksującą oprawą dźwiękową. Bardzo krótka (jej przejście zajmuje w porywach trzy godziny), ale zdecydowanie warta poznania.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny:139.
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
Jak się okazało, w tym tygodniu więcej czasu na granie miałam w komunikacji miejskiej niż w domu, stąd do skończenia Drakensanga jeszcze sporo brakuje, za to udało się przejść Demon Gaze 2.

1. Demon Gaze 2 - dungeon crawler z elementami visual novel. Generalnie otrzymujemy więcej tego samego, z fabułą bardzo luźno powiązaną z poprzednią częścią (ponownie spotykamy Cassela, Prometh i Lezerusa - choć ten ostatni... nieco się zmienił, w dialogach z nimi pojawiają się odniesienia do wydarzeń z jedynki) - nie przeszkadza to jednak cieszyć się rozgrywką również osobom, które w poprzedniczkę nie grały.

Sama historia niespecjalnie przypadła mi do gustu. Lądujemy - ponownie pozbawieni pamięci - w bazie rebeliantów walczących z opresyjnym reżimem. Rzeczona "rebelia" sprawia wrażenie niemiłosiernie dziecinnej, a jej prowodyrzy przypominają raczej zbuntowane nastolatki.

Sama rozgrywka natomiast ma już wszystko na swoim miejscu. W przeciwieństwie do poprzedniczki, członkami drużyny, poza tytułowym Demon Gazerem, są same demony, nad którymi kontrolę przejmujemy po odnalezieniu ich w lochach i pokonaniu w walce. Każdy z nich ma odgórnie przypisany zestaw umiejętności (w większości znanych już z pierwszej części), przy czym przeważnie nie pokrywają się one z klasami poprzedniczki. Mając 16 demonów do wyboru (z czego kilka opcjonalnych) każdy jednak powinien znaleźć coś dla siebie. Dodatkowe umiejętności można również odblokować przydzielając poszczególnym członkom drużyny zawierające je artefakty.

Jako że rekrutowane demony pełnią teraz rolę członków drużyny, system ich przywoływania został całkowicie zlikwidowany. Zamiast tego, każdy demon oddaje nam do dyspozycji aurę (np. zwiększającą obronę lub regenerującą życie), którą można aktywować po wejściu w tryb demoniczny wydając określoną liczbę punktów mocy.

Rzeczone aury mają trzy stopnie, które zależą od poziomu sympatii, którą demony darzą głównego bohatera. Tę można zwiększać wykupując im osobny pokój w bazie, uczestnicząc w walkach lub też... przeprowadzając, według nomenklatury gry, ich "konserwację". To ostatnie ma formę minigierki, w której w kilku próbach musimy znaleźć optymalne miejsce na ciele danego demona. Więc tak, obmacujemy je, wielokrotnie, żeby zapewnić sobie ich sympatię. Minigierka nużąca, bezsensowna i - biorąc pod uwagę, że wśród kandydatów do konserwacji jest 10-letnia dziewczynka i na oko 60-letni umięśniony osobnik płci męskiej - więcej niż odrobinkę niepokojąca.

Po uzyskaniu każdego poziomu (z pięciu) sympatii, odblokowujemy scenki z udziałem danego demona, w których możemy lepiej poznać ich historię i osobowość. Przyznam szczerze, że klimaty dating sima nie przypadły mi do gustu, więc większość z nich przeklikiwałam. Innym mogą się spodobać.

Sama gra jest łatwiejsza od poprzedniczki, bossowie używają zauważalnie mniej zdolności regenerujących życie i nakładających negatywne statusy na drużynę. Dzięki kilku drobnym usprawnieniom jest również bardziej przyjazna w odbiorze - główny bohater od początku posiada zdolności pokazujące paski życia przeciwników i portal do bazy, lokalizacje skarbów po znalezieniu zwojów ze współrzędnymi są oznaczone na mapie, a przez pola obracające drużynę w losowym kierunku można przechodzić w trybie automatycznym - małe rzeczy, a cieszą.

System kręgów, oraz zdobywania i ulepszania ekwipunku nie odbiega od tego, co znamy z pierwszej części - wciąż kupujemy kryształy odpowiadające określonym typom oręża, umieszczamy je, gdzie trzeba, pokonujemy wroga i odbieramy nagrody. Zdobycie w ten sposób wszystkich kręgów na mapie jest niezbędne do przywołania bossa danego obszaru.

Nie pojawia się on jednak bezpośrednio w danej lokacji, jak miało to miejsce wcześniej - zamiast tego otwiera się portal do niewielkiej strefy, którą zamieszkują. W każdej z nich trzeba rozwiązać zagadkę logiczną (na przykład uderzając rozmieszczone po mapie tarcze w określonej kolejności), aby wreszcie otworzyć drogę do bossa.

Długość rozgrywki jest więcej niż wystarczająca - poza 25-30h głównej linii fabularnej otrzymujemy dodatkowy loch z bossem na końcu, a następnie... cały olbrzymi scenariusz, pozwalający nam na powrót do zamku Grimodar i zajazdu znanego z pierwszej części. Warto przy tym dodać, że poziom trudności tego scenariusza nie odbiega od post-game pierwszej części, więc przejście z raczej prostej części fabularnej może być nieco... nieprzyjemne. W sumie gra wystarczy na dobre 50 godzin.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Nowy nabytek: obiecałam sobie, że nie będę już kupować gier na zapas. Obok Bioshocka Infinite za 6 zł z groszami nie mogłam jednak przejść obojętnie. Stąd - backlog mi w tym tygodniu utył. Bywa.

Stan obcny: 140.
« Ostatnia zmiana: Lotheneil, 17 lis 2018, 14:04. »
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Drakensang (The Dark Eye) - RPG w TPP oparty o papierowy system RPG Das Schwarze Auge. Mimo 9 lat na karku trzyma się naprawdę nieźle i bynajmniej nie odrzuca oprawą audiowizualną - o ile nie czujemy nadmiernej awersji do blooma, bo ten momentami aż wypala oczy.

Nasz bohater, po otrzymaniu listu od przyjaciela z prośbą o przybycie, wyrusza w podróż. U jej celu dowiaduje się, że przyjaciel został niedawno zamordowany. Starając się pomóc lokalnym władzom w odkryciu i ujęciu sprawcy, wplątuje się w aferę, od której wyniku zależeć będą losy świata. W międzyczasie przyjdzie nam odwiedzić dość liczne i zróżnicowane lokacje, rozwiązując przy okazji większe i mniejsze problemy mieszkańców. Ogólnie fabuła jest wystarczająco rozbudowana, aby stanowić istotną część gry, a jednocześnie dość standardowa i sztampowa, aby niczym nie zaskoczyć choć trochę obeznanego w grach RPG gracza.

Gra przykuwa za to uwagę rozbudowanym systemem rozwoju postaci. Poza statystykami, rozwijać możemy szereg umiejętności bojowych, socjalnych, rzemieślniczych czy magicznych. Mają one wpływ nie tylko na przebieg walki czy szanse na wykrycie pułapki czy otwarcie zamkniętych skrzyń, odblokowują również nowe linie dialogowe w rozmowach i pozwalają na tworzenie nowego ekwipunku.

Ekwipunek również nie pozostawia wiele do życzenia - otrzymujemy sporo gratów o rozmaitej jakości i stopniu umagicznienia, więc przebieranie w nich zajmie trochę czasu zwłaszcza, że zbroja podzielona jest tutaj na elementy (poza hełmem i napierśnikiem mamy naramienniki, nagolenniki, rękawice, spodnie i buty). Ich statystyki są jednak rozpisane w sposób mało czytelny, podając sposób kalkulacji np. obrażeń zamiast ostatecznej wartości, co gorsza opisując statystyki skrótami, z których część nie została przetłumaczona z niemieckiego.

Sama walka odbywa się w czasie rzeczywistym z aktywną pauzą i przypomina system zastosowany w Baldur's Gate czy Pillars of Eternity. Jest jednak dość toporna i ujawnia "zaplecze" mechaniczne - postacie próbują ustawić się na niewidzialnych heksach, a animacje ataku wyraźnie pokazują, że od strony systemu walka jest w rzeczywistości turowa - przez co wszelką dynamikę diabli biorą.

Sama eksploracja i rozwiązywanie zadań są również przesadnie ślamazarne - prędkość ruchu postaci jest dość niska, a obszary do zwiedzenia spore, ponadto zadania nieraz wymagają przemierzenia lokacji wzdłuż i wszerz po kilkanaście razy. Mam wrażenie, że co najmniej jedną trzecią gry spędziłam na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Podziemia, które odwiedzamy są rozbudowane, również w pionie (przez co mapa czasem traci na czytelności) i nie we wszystkich zaimplementowano dogodne wyjścia - zdarza się więc, że po wykonaniu zadania, które nas do nich sprowadziło, musimy przetuptać całe lochy w odwrotnym kierunku.

Drakensang oferuje więc naprawdę rozbudowany system rozwoju postaci i ekwipunku, przeciętną fabułę i słabą dynamikę rozgrywki, przez co czasem wkrada się do niej nuda. Miłośnikom stonowanej rozgrywki może przypaść do gustu, jednak ci, którzy szukają dynamicznej walki, zaskakujących zwrotów akcji czy swobodnej eksploracji raczej się zawiodą.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 139.
« Ostatnia zmiana: Lotheneil, 24 lis 2018, 21:08. »
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Tyranny - RPG w rzucie izomentrycznym produkcji studia Obsidian, którego chyba żadnemu miłośnikowi gatunku przedstawiać nie trzeba.
Tym razem lądujemy w ostatnim skrawku kontynentu niepodbitym jeszcze przez potężne imperium, jako Fatebinder, czyli lokalny przedstawiciel władzy wykonawczej i sądowniczej, wysłany przez Imperatora z zadaniem odczytania tam jego edyktu. Nie jest to jednak byle kawałek papieru zapisany prawniczym bełkotem - obwieszczenia miłościwie panującego mają zwyczaj sprowadzać potężne klęski żywiołowe i inne obszarowe, a niekorzystne dla zdrowia zjawiska. Podobnie jest i w tym wypadku. Rozzłoszczony brakiem postępów kampanii wojennej imperator nakazuje dwóm przebywającym na miejscu generałom zdobycie regionu w ciągu ośmiu dni - albo wszystkich znajdujących się na tym terenie (zarówno mieszkańców, jak i członków obu armii) czeka zagłada.

Nasza skromna osoba również zostaje uwikłana w ten konflikt, zmuszeni więc jesteśmy zakasać rękawy i wspomóc działania wojenne. To jednak dopiero początek kłopotów - wkrótce odkrywamy w sobie nowe moce związane z rozsianymi po regionie ruinami dawnej cywilizacji i od naszych dalszych działań zależeć będzie ostateczny układ sił.

Pod względem mechaniki gra zbliżona jest do Baldur's Gate czy Pillars of Eternity. Kierujemy czteroosobową drużyną dobraną z sześciu potencjalnych kandydatów. Zastosowana tu została moja ulubiona mechanika nauki przez działanie, połączona ze standardowym wbijaniem poziomów - otóż każdy bohater jest charakteryzowany szeregiem umiejętności bojowych - znajomość 13 szkół magicznych, walka różnymi rodzajami broni, uniki i parowanie, mądrość czy wreszcie zdolność cichego poruszania się i otwierania zamków. Rosną one w miarę wykonywania związanych z nimi akcji (rzucania zaklęć, walki wręcz czy unikania ciosów), a w miarę ich przyrostu rośnie również poziom ogólny, co pozwala na wykupywanie zdolności aktywnych i pasywnych na specjalnych drzewkach. To wszystko działa znacznie lepiej i jest bardziej zrozumiałe, niż powyższy opis.

Kolejną interesującą mechaniką jest tworzenie zaklęć. Otóż zamiast gotowych czarów, w trakcie rozgrywki znajdujemy sigile poszczególnych szkół magicznych, runy odpowiedzialne za kształt zaklęcia oraz aspekty, pozwalające na modyfikacje ich siły, zasięgu, obszaru czy dodatkowych właściwości. Każdy element ma swój koszt w mądrości, w obrębie tej wartości składamy potrzebne nam zaklęcia. Kula ognia obejmująca duży obszar i podpalająca wroga? Proszę bardzo. Błyskawica atakująca jeden cel, ale zadająca duże obrażenia i oszałamiająca na kilka sekund? Też się da. Choć niektóre połączenia szkół i kształtów nie są możliwe, kombinacji jest i tak sporo.

Na uwagę zasługuje również fabuła, a dokładniej brak jasnego podziału na dobro i zło. Startujemy jako poplecznik złego imperatora, ale co zrobimy dalej - zależy od nas. W świecie gry występują bowiem liczne frakcje, o różnych - i często sprzecznych - poglądach i dążeniach. Tu nie ma czerni i bieli - są tylko odcienie szarości, a bycie szlachetnym rycerzem w lśniącej zbroi jest często nie tylko nieopłacalne, ale nieraz również niemożliwe.

Wielokrotnie, aby wypełnić swoje zadanie musimy sprzymierzyć się z jedną z co najmniej dwóch grup działających na danym obszarze. Pierwszy tego typu wybór ma najdalej idące konsekwencje - powoduje rozgałęzienie linii fabularnej na cztery odnogi, z całkiem odmiennym przebiegiem rozgrywki (odwiedzamy w większości te same lokacje, ale zadania, które w nich wykonujemy są różne, podobnie jak kolejność ich poznawania). Po zakończeniu gry wyświetlane są plansze podobne do tych z serii Fallout, pokazujące, jak nasze decyzje wpłynęły na poznane w trakcie rozgrywki osoby i lokacje.

System ekwipunku również ma wszystko na swoim miejscu - możemy zbierać wszystko, co nie przybite do podłogi, w stertach lootu znajdując broń i zbroję o różnych poziomach jakości i ewentualnie umagicznienia, napoje leczące i poprawiające czasowo statystyki, drogocenne klejnoty czy materiały rzemieślnicze. Po wybudowaniu kuźni w bazie możemy również tworzyć nowe przedmioty czy ulepszać posiadane.

Wszystko co napisałam powyżej sugeruje, że mamy do czynienia z grą wybitną, o olbrzymim rozmachu. Niestety tak nie jest. Jeden element psuje ten piękny obraz - długość, a raczej krótkość rozgrywki. Przejście gry zajmuje 10-15 godzin (w zależności od tego, jak sumiennie rozmawiamy z NPC rozsianymi po świecie gry). Poszczególne lokacje są malutkie, a ich pełne zwiedzenie często nie zajmuje więcej niż kilka minut. Przez to właściwie nie mamy czasu pobawić się tym naprawdę przyjemnym systemem rozwoju.

Ogólnie więc - ocena umiarkowanie pozytywna, podszyta lekkim żalem z powodu niewykorzystanego potencjału. Mimo wszystko, jeśli ktoś jest miłośnikiem staroszkolnych izometrycznych erpegów, nie powinien przejść obok tej pozycji obojętnie.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 138.
« Ostatnia zmiana: Lotheneil, 01 gru 2018, 20:54. »
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Heroine's Quest - przygodówka z elementami RPG. Jeśli tytuł i opis przynależności gatunkowej przywodzi Wam na myśl serię Hero's Quest (a.k.a. Quest for Glory), to jest to skojarzenie jak najbardziej słuszne. Kierujemy bohaterką, którą zrządzenie losu (tudzież przeznaczenia) rzuciło na mroźną północ. W wyniku lawiny traci przytomność i budzi się w domu w pobliskiej wiosce. Tu szybko odkrywa niecne knowania mrocznych sił i staje się jedyną osobą zdolną powstrzymać nadejście wiecznej zimy i Ragnarok.

Gra jest bowiem silnie inspirowana mitologią nordycką - spotkamy na swej drodze trzy Norny, odwiedzimy krainę mrocznych elfów Svartalfheim, zobaczymy Lokiego przywiązanego do skały i jego żonę Sigyn, zbierającą znad jego głowy jad, czy wreszcie staniemy do walki z gigantami. Mechanika rozgrywki przypomina wspomnianą już serię - na początku gry wybieramy klasę postaci (wojownik, złodziej, mag), co ma wpływ na dostępne umiejętności, a przez to na sposoby radzenia sobie z zagadkami i przeciwnikami. Rzeczone zdolności rosną w miarę ich używania, a sukces każdej akcji zależy od poziomu odpowiedniej umiejętności - przeważnie możemy po prostu do skutku powtarzać czynność, dopóki się nie powiedzie... chyba, że właśnie usiłujemy kogoś okraść. W tym wypadku po porażce możemy zwiedzić sobie wnętrze celi w zamkowym lochu.

Oprawa graficzna jest stylizowana na retro - renderowana w 320x200 i rozciągnięta na cały ekran, przez co z dumą prezentuje wielkie piksele. Tradycyjnie dla podobnej stylistyki dotyczy to również czcionki, co nieodmiennie mnie drażni.

Na szczęście poza tym faktem gra ma wszystko na swoim miejscu, zagadki nie są skomplikowane, ale wymagają czasem ruszenia głową, a długość rozgrywki (ok. 8 godzin) również jest odpowiednia.

Biorąc pod uwagę fakt, że jest to gra całkowicie darmowa, dostępna dla każdego chętnego na Steamie (nie mam pojęcia, co w związku z tym robiła w moim backlogu, ale skoro już się w nim znalazła, to się nią zajęłam), jest naprawdę warta zainteresowania. W końcu, jeśli się nie spodoba, niczego poza odrobiną czasu nie tracimy.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 137
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Shadow Man - gra akcji w TPP. Mocno wiekowa już produkcja (rok wydania 1999), w której kierujemy tytułowym Shadow Manem, człowiekiem obdarzonym mocami voodoo, w starciu z nadnaturalnymi siłami dążącymi do opanowania świata żywych. Przenosząc się pomiędzy krainami umarłych i współczesnością polujemy na sprawców zamieszania, wycinając po drodze w pień ich popleczników przy użyciu broni palnej i umagicznionej (zasada działania podobna, tylko pociski inne), skacząc po platformach, przełączając przełączniki i poszukując ukrytych mrocznych dusz wzmacniających naszą postać przy okazji.

Jak to wczesne 3D - gra nie zestarzała się dobrze. O ile lokacje jeszcze jakoś wygladają, to modele postaci są absolutnie paskudne, a animacje ruchu jeszcze gorsze. Dodatkowo sterowanie jest wyjątkowo mało przyjazne dla użytkownika, co przy dużej liczbie elementów platformowych, wymagających zręczności i precyzji, sprawy nie ułatwia. W tym momencie gra ma walory wyłącznie historyczno-nostalgiczne.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 136
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Furious Angels - ekstremalnie prosta gra zręcznościowa przypominająca mechaniką Asteroids. Kierujemy małym stateczkiem, strzelamy do nadlatujących ze wszystkich stron przeciwników i staramy się nie dać się zabić. W miarę kolejnych zwycięstw automatycznie wzmacniany jest nasz okręt (trzy możliwe poziomu). I tyle. Zero fabuły, zero głębi, po prostu czysta destrukcja. Całkiem fajne - przez pierwsze pół godziny, później zostaje albo wykręcanie coraz wyższych wyników punktowych, albo rzucenie gry w diabły. Łatwo się domyślić, którą opcję ja wybrałam.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

2. Lords of New York - poker, który miał aspiracje mieć czymś więcej. Niestety w chwili obecnej projekt został porzucony w wiecznym limbo early accessu (choć trzeba twórcom przyznać, że wykazali się przyzwoitością i udostępnili grę za darmo). Pozostała możliwość rozegrania kilku partyjek pokera oraz teaser linii fabularnej. Gra całkowicie niewarta zainteresowania.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

3. Forced: Showdown - mieszanina roguelike i arena brawlera z elementami karcianki. Jako gladiator w bliżej nieznanym przyszłościowym uniwersum uczestniczymy w walkach na niewielkich arenach z przeważającymi siłami wroga. Starcia podzielone są na rundy, na początku których używamy kart z samodzielnie kolekcjonowanych talii, które dają postaci bonusy - w stylu regeneracji życia czy zwiększonych obrażeń. Dodatkowo z pokonanych wrogów wylatują punkty, będące odpowiednikiem doświadczenia - zdobycie wystarczającej ich liczby pozwala na odblokowanie pasywnych perków (zwiększona pula punktów zdrowia czy większe obrażenia zadawane przez towarzyszy). Celem rozgrywki jest przebicie się przez szereg następujących po sobie aren i pokonanie głównego bossa. W grze występuje system permadeath - w razie śmierci cofani jesteśmy do głównego ekranu i zmuszeni do stworzenia nowej postaci i rozpoczęcia od początku. Jedyne, co się przenosi to nagrody za osiągnięcia (w stylu pokonania 400 przeciwników lub przejścia całej areny bez zbierania leczących serduszek), które podnoszą statystyki postaci lub odblokowują nowe klasy.

Gra jest bardzo prosta w założeniach, ale dająca duże możliwości w zakresie rozwoju postaci i talii, a przy tym wymagająca pod wzgledem poziomu trudności. Ja się szybko od niej odbiłam, ale nie wątpię, że niektórym może się spodobać. Jest to jednak raczej gra na krótkie sesje, bo może bardzo szybko stać się powtarzalna, a przez to nużąca.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Miało być tak pięknie, -3 do backloga... a później przybył Fanatical i znowu skusił bundlem. Tym sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką:

- Megadimension Neptunia VII Retail
- Cyberdimension Neptunia: 4 Goddesses Online Retail
- Dark Rose Valkyrie


I stan backloga wyszedł na zero (o fakcie, że zamiast trzech pierdółek znalazły się w nim trzy pełnoprawne jRPGi w tym momencie pozwalam sobie zapomnieć :)).

Stan obecny: 136
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
1. Resident Evil Revelations - gra akcji w TPP. Podrasowana wersja produkcji, która pierwotnie została wydana na 3DS. Fabularnie umiejscowiona między czwartą a piątą częścią serii. Jill Valentine i Parker Luciani trafiają na statek Queen Zenobia, na którym doszło do epidemii mutagennego wirusa, w poszukiwaniu Chrisa Redfielda i jego partnerki. Zamiast towarzyszy znajdują tam jednak hordę potworów pod wpływem rzeczonego patogenu.

W przeciwieństwie do głównych części serii, gra jest znacznie bardziej kameralna (jednak przenośna konsolka swoje ograniczenia ma) - mimo, że poza kajutami statku przyjdzie nam zwiedzić górskie szlaki i nowojorski wieżowiec. Brakuje tu starć z licznymi grupami przeciwników, zamiast tego większy nacisk postawiono na eksplorację i poszukiwanie rozmaitych kluczy i innych przedmiotów niezbędnych do utorowania sobie drogi do kolejnych części statku. Sprawia to, że gra jest sztucznie wydłużana przez konieczność kilkukrotnego przemierzania tych samych korytarzy. Poza kluczami w zakamarkach pomieszczeń znajdziemy części zamienne do broni, które po włożeniu w sloty dają bonusy (w stylu większej szybkostrzelności czy obrażeń).

Oprócz kampanii fabularnej do zabawy oddano graczom tryb Raid, w którym samodzielnie lub z partnerem wykonujemy zestaw specjalnych misji (rozgrywających się w lokacjach znanych z kampanii), polegających przeważnie na wytłuczeniu wszystkiego, co się rusza lub dotarciu w określone miejsce. W przeciwieństwie do trybu fabularnego, postacie zdobywają tu doświadczenie, ale jego poziom odblokowuje jedynie dostęp do kolejnych broni w sklepie (walutę na ich zakup otrzymuje się za wykonanie misji lub po sprzedaży znalezionego w jej trakcie wyposażenia).

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

2. Dungeon Siege III - action RPG. Ta gra naprawdę powinna nosić inną nazwę, bo z poprzedniczkami nie łączy jej właściwie nic - w sumie nie bez powodu, bo za ten tytuł odpowiedzialny jest inny developer - znane skądinąd studio Obsidian Entertainment. Inny styl graficzny, znacznie bardziej zamknięta i korytarzowa struktura, nowa, bardziej kameralna historia i bohaterowie (nie, żeby fabuła miała jakieś wielkie znaczenie w serii, ale w tej części jest przynajmniej spójna i stanowi dobre tło rozgrywki), uproszczony system rozwoju postaci i ekwipunku - choć w tym drugim przypadku wciąż nie ma się czego wstydzić.

W skrócie, z typowego izometrycznego h&s powstała raczej gra konsolowa (bo też i w całości da się ją przejść używając kontrolera, sprawdzone :)). Mi się podobała, momentami nawet bardziej niż poprzedniczki, ale rozumiem, że fani poprzednich odsłon mogli mieć uzasadniony żal. Szkoda jedynie, że zrezygnowano z mojego ulubionego systemu rozwoju przez działanie, zastępując go typowym zestawem umiejętności i perków odblokowywanych po wbiciu kolejnych poziomów.

Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika Obraz wysłany przez użytkownika

Stan obecny: 134
« Ostatnia zmiana: Lotheneil, 29 gru 2018, 19:44. »
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
Jakimś cudem udało mi się dotrwać do końca drugiego roku moich tytanicznych (i syzyfowych) zmagań z backlogiem, więc ponownie pora na garść statystyk. Wciąż nie udało się zakończyć projektu i przypuszczam (a wręcz jestem pewna), że i przyszły rok - o ile motywacja pozwoli nie rzucić projektu w diabły - nie przyniesie rozstrzygnięcia. Byłoby lepiej, ale zły i wredny Fanatical do spółki z Humble Bundle co i raz rzucali jakieś smakowite kłody pod nogi.

Tym niemniej stan backloga udało się zmniejszyć ze 196 do 134 - czyli 62 tytuły w ciągu roku, ponad jeden na tydzień. Wciąż uważam, że tempo jest niezłe, choć już spadkowe i spadać będzie. Za to czeka mnie w przyszłym roku sporo nadrabiania zaległości erpegowych, bo całkiem sporo tytułów 40h+ patrzy na mnie z wyrzutem i czeka na swoją kolej.

Jak policzyłam, w tym roku mój backlog steamowy powiększył się aż o 39 pozycji - nic dziwnego, że tempo jest, jakie jest. Można by było pomyśleć, że zmagania z backlogiem oduczą mnie kompulsywnych zakupów... nope. Jednak nie do końca. Ale to wina Fanaticala, Steama, Humble Bundle i SteamGifts, oczywiście.

I na koniec tradycyjna (bo drugi rok to już przecież tradycja :)) lista gier spoza głównego nurtu szczególnie wartych wzmianki - kolejność chronologiczna:

- Stories: The Path of Destinies
- Iron Brigade
- Lichdom: Battlemage
- Brutal Legend
- Alpha Protocol
- Cook, Serve, Delicious!
- Massive Chalice
- Quest for Infamy
- Tales of Symphonia (nie do końca "ukryty diament", ale jeśli ktoś nie grał - zdecydowanie polecam)
- Viking: Battle for Asgard
- Hand of Fate
- AER Memories of Old
- Defend Your Life
- Gate of Firmament
- Tales of Berseria (naprawdę lubię tę serię, a co)
- Rakuen
- Halcyon 6: Lightspeed Edition

Z pozasteamowo-backlogowych wieści, zakupiłam sobie PS Vitę (tak, umierająca konsolka, tak, bardzo fajna i jest w co pograć bardziej niż jest kiedy) - co też nieco czasu zżarło, ale bynajmniej nie był to czas stracony. Mimo braku aktywnego wsparcia biblioteka gier jest wystarczająco obszerna, aby zapewnić mi zabawę na dłuuugo... tylko czasu brak. Na szczęście (zależy jak patrzeć, ale z punktu widzenia backloga na pewno) udało mi się w tym roku nie popaść w żadne uzależnienie MMORPG-owe. Poza "ukończeniem" PoE (znaczy - przejściem wszystkich aktów, co, wstyd się przyznać, udało mi się po raz pierwszy kilka dni temu), żaden nie wessał mnie na dłużej - choć kilka (Neverwinter, GW2, Lotro, ESO i UWO, w tej kolejności) kusiły. Nie dam się!

I tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim, którzy mnie czytają (łudzę się nadzieją, że liczba ta jest niezerowa) wszystkiego najlepszego w nowym roku, potężnych pecetów zdolnych odpalić wszystkie nowe produkcje, sprawnych konsol i mnóstwa doskonałych gier z naszego ulubionego gatunku. Do siego roku!
« Ostatnia zmiana: Lotheneil, 01 sty 2019, 11:04. »
Użytkownik
Dołączył: Cze 2012
Posty: 106
Ja mam trochę silniejszą wolę, ale też lista gier na steamie i gogu puchnie mi szybciej niż cokolwiek zdążę skończyć, więc miło jest co tydzień popatrzeć jak ktoś inny toczy zawzięcie tak heroiczną walkę ;) . Życzę dalszej wytrwałości w tym przedsięwzięciu w nowym roku!
_______________
Take a good hard look at the mother fucking blimp!
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 356
A dziękuję :)
Jakoś powolutku to się toczy, aż trudno uwierzyć, że już dwa lata zleciały... Jeśli motywacja pozwoli, to materiału starczy jeszcze na najbliższy rok - i zapewne kilka kolejnych też. A przecież jest jeszcze Origin, Uplay, GOG i może z EpicGames coś wyjdzie - do tego VITA, emulatory (do już obecnych dochodzą emu PS3 i 3DS, które coraz bardziej nabierają kształtów) - będę miała w co grać do końca świata :)
Użytkownik
Dołączył: Sie 2017
Posty: 4
Ja z moimi ponad 4 tysiącami tytułów na Steam mogę potrzebować kilku końców świata...

Strona: « < ... 4 5 6 7 8 9 10 > »

Forum JRK's RPGs działa pod kontrolą UseBB 1